Seria niefortunnych wydarzeń

Mam ochotę zatytułować ten wpis „Jak przegrałam życie”, ale byłoby zbyt dramatycznie. Mogłabym też napisać, jak tabletki ziołowe przegrywają z hormonami, ale byłoby zbyt, nawet nie wiem jakiego słowa użyć, babski? Nie ma w tym nic złego, ale tak się właśnie zapowiada. Cóż, seria niefortunnych wydarzeń zaczęła przypominać właśnie serial, tylko ja za tę subskrypcję nie chcę już płacić.

Może od początku, bo myśli mam często niepoukładane i nielogiczne. Ten wpis będzie bardziej mój, taki prawdziwy, może uda wam się znaleźć sens bez usilnego szukania.

Najlepszy dzień w życiu?

Dzień przeprowadzki na wieś to był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu i miało tak być już zawsze, miało być pięknie, idealnie, jak z Pinterest’a, gdzie oglądasz sielskie obrazy ogrodu, z tureckim dywanem, wszystko w stylu gypsy, albo boho chyba bardziej współcześnie. No więc żyłam takimi marzeniami, aż zaczął mi los podstawiać nogę. Nie mówcie mi, że jest to w mojej głowie, bo strupy na kolanach i zdarta broda raczej sugerują co innego (mamo to metafora, nic nie zdarłam).

Zaczęło się od remontu, każdy wiedział, że będzie ciężko, ale on naprawdę będzie trwał chyba rok, nie byłam przygotowana na tyle. Nie byłam przygotowana na wymianę podłóg, ogrzewania i stres z tym związany i finanse, które ulatują niczym popiół, lekko unosząc się na wietrze, by na do widzenia wpaść Ci jeszcze w oczy i przydusić.

No ale tak, wiedziałyśmy, że to nas czeka, nie wiedziałyśmy, że będzie to aż taki stres, że każdego dnia jak zapowiadają wichurę, to zastanawiam się, czy zwieje nam dach, bo nie ma już pieniędzy na dach, bo musi być na płot, bo nasz pies dojrzał i nauczył się zabijać.

Ten się cieszy zawsze

Pourazowy stres?

Tak, nasz najsłodszy owczarek po kastracji, nauczył się, że może wyskoczyć przez bramę i robić co chce, co skończyło się tragedią, której nie mogę odespać do dziś, na którą tabletki ziołowe (te same co dla psa) niestety nie działają i tak pół śpię ostatnio, pół dyszę, bo za każde dobre zdarzenie dostajemy cios w potylicę w zamian. Nie cieszy słońce, nie cieszy wiosna w ogrodzie. Boję się pozwolić sobie na odrobinę radości, bo wciąż pamiętam z tyłu głowy, że zaraz znowu coś się stanie.

Być może przesadzam, być może to załamanie pogody, albo załamanie mojej głowy, a może po prostu hormony. Ciężko mi zdiagnozować, czuję się jednak, jakby coś pękało w środku, jakby kryształ, który rozkruszony i rozprowadzany przez krew po moim ciele kłuje wszędzie. Tak bardzo, że znów chwytam po spowalniacze (dlaczego nikt nie otworzył takiego sklepu?) I zastygam w bezruchu, bezdechu, bez słowa.

Tak więc, jak już załatałyśmy płot, by pies nie wychodził dołem, nauczył się latać i pogryzł małego rudego, do kości. Wierzcie mi, to jeden z największych koszmarów mojego życia, jak byłam mała (tak znowu wrócę do tego) sam odgłos gryzących się psów za oknem powodował drgawki całego ciała, w tym momencie zazwyczaj jestem sparaliżowana, ten paraliż trwa już jakiś tydzień.

Paraliż mentalny

Właśnie w nim jestem, palce piszą, mózg niby działa, ale całe ciało obumarło na chwilę i wcale nie chce istnieć, więc próbuję na różne sposoby przywrócić krążenie, a potem łapię się na tym, że jestem przypadkiem z serialu, tylko ja nie mam prawdziwej psychoteraupetki, ale powiedziałaby tak „Ma pani wrodzony lęk, wyssaną niepewność z mlekiem matki, proszę sobie przypomnieć pierwsze najmilsze zdarzenie w pani życiu” i tu byłby pewnie problem, potem opowiedziałabym o swoim obecnym życiu i usłyszałabym, że to rodzaj depresji lękowej czy coś takiego i że „ma pani uraz, bo wyrobiła pani w sobie odruch, że po każdym dobrym zdarzeniu oczekuje pani na wszystko, co najgorsze” i przypisałaby pewnie mi jakieś leki.

Seria niefortunnych wydarzeńTak właśnie zdiagnozowałam samą siebie ze swoją wyimaginowaną psychoterapeutką niczym z Lucyfera Morningstara. Bo tak, moje życie to mieszanka seriali. Tak naprawdę marzyłoby mi się, żyć w którymś odcinku Marvela, albo szaloną Maze o nadprzyrodzonych mocach, by nie musieć oglądać wykładów mądrych ludzi, którzy mówią mi, że siła tkwi we mnie, siła tkwi z mojej postawie i moim podejściu, doskonale o tym wiem, doskonale potrafię odgrywać tę rolę, ale przychodzi czas niefortunnych porażek i rozpadam się na części, czasem chcę się rozpaść, bo lepiej się pozbierać na nowo, niż dolepiać ledwo trzymające się okruchy.

Seria niefortunnych wydarzeń

Przegrany konkurs na życie?

Wracając do meritum, nie wygrałam konkursu pisanego z Muratora na ocieplenie dachu, bo jakby to wyglądało, że opiszą w gazecie dla prawdziwych mężczyzn życie dwóch lichych kobiet o licu lekko żydowskim i zachowaniu lekko romskim, ale spróbowałam. Nie wygrałam też publikacji tekstu na wystawę System Doskonały o zwierzętach w sztuce i ich cierpieniu w przemyśle, bo za słabo napisałam, albo męskie grono „prozwierzęcych pisarzy” znów zachwyciło na pozór, albo tysiąc innych powodów subiektywnej oceny organizatora. Nie mam nikomu za złe, tylko sobie, że za mało piszę.

Ocean spokoju

Nie wygrałam wcale najlepszego życia, na wszystko sobie ciężko zapracowałam. Wczoraj pogryzł mnie mój własny pies w chaosie, bo na nich też to wszystko się odbija, co chwila kolejna zmiana pokoju, kolejni obcy ludzie w domu, wiertarki, kucie kafli, wyburzanie. Nie chcę nikogo widzieć, chcę chwilę spokoju, w bezpiecznej części domu, może się odrodzę silniejsza? Czy wspominałam, że Pani Krysi złamał się dokładnie w tym czasie ząb i wysiadł komputer, który jest naszym głównym źródłem finansowania? Tak, jak leci na łeb to wszystko na raz, tak zwany Helter Skelter!

Jest jednak coś, co wygrałam i zabrzmi to banalnie i babsko albo romantycznie. Wygrałam miłość, w której mogę liczyć na wsparcie w tym wszystkim, co powyżej, ciepłą dłoń na odrętwiałym karku, historię miłosną niczym z książki, choć czasem przeplata się Virginia Woolf ze swoimi kamieniami, to jednak razem, razem to znosimy, a jak nie zniesiemy, to razem zaśniemy i zaleją nas fale.

Seria niefortunnych wydarzeń

Ps. Dlaczego to piszę? To rodzaj terapii dla mnie, ale też chcę pokazać, że życie blogerów wcale nie jest tak piękne jak je czasem tworzą na Instagramie, nie trzeba być blogerem zresztą, by kreować swoje drugie oblicze. Zawsze jednak gdzieś to drugie lekko jest skrywane.

Ps2. Pies sąsiadki przeżył, zapłaciłyśmy za jego szycie. Harry (nasz owczarek) dostanie behawiorystę (podobno ma zaburzoną pewność siebie i dlatego zrobił się takim mordercą) i nowy płot pewnie, za ostatnie zaskórniaki zarobione w korporacji. Tak wygląda moja głowa od środka, ale nie będę wam za często pokazywać. C’est la vie


Gify:

©Giphy.com
Photo by chuttersnap on Unsplash

Written by

Agnieszka

199 Posts

W wolnych chwilach rozmyślam jak zmienić świat na lepszy, poszukując magii człowieczeństwa. Uwielbiam czytać książki i prowadzić działania na rzecz zwierząt. Nie potrafię zupełnie pisać o sobie, wolę o innych.
View all posts