Jak pogodzić się ze śmiercią zwierzęcia?

Wczoraj szłam przez Wrocław cała zapłakana, Krysia łapała co chwila mnie za rękę i starała się otulić, a ja w głowie miałam tylko strach, że ktoś nas jeszcze pobije. Zmarł nasz ukochany królik Johnny, nagle jakby, ktoś wyrwał nam serce.

Czy da się pogodzić ze śmiercią naszych ukochanych zwierząt?

Po 4 miesiącach nadal mogę powiedzieć, że nie. Właśnie wtedy odeszła Buba, która przeżyła ze mną 18 lat, w najdziwniejszych czasach. Do dziś jak wchodzę na strych, gdzie urzędowała ściska mnie w klatce, do dziś słyszę na dole jej tupot łapek, do dziś cholernie tęsknię, a teraz, teraz już nie wiem, jak się pozbierać. Pisząc ten tekst zalewam się łzami, bo rana jest jeszcze większa.

Bubcia

Johnny miał mieć u nas lepiej, miał dożyć spokojnych dni w towarzystwie swojej ukochanej Petry. Po tym jak został zabrany z miejsca, gdzie przez 5 lat żył porzucony, miał doznać miłości i doznał jej, ale doznawał też strasznego cierpienia.

Króliki na wsi
Johnny przed przyjazdem do nas

Już od pierwszych dni walczyłyśmy o niego. Po kastracji osłabł, lekarz wiejski, źle go diagnozował (twierdził, że to uczulenie, a przerosły mu zęby) i tak Johnny prawie zmarł po raz pierwszy, w ostatniej chwili polecono nam weterynarza we Wrocławiu.

Ten miał nam powiedzieć, jak nadejdzie odpowiedni moment, aby się poddać, ale do końca tego nam nikt nie zasugerował, mimo iż same jak wariatki dopytywałyśmy ze 3 razy o eutanazję.

Widziałyśmy cierpienie, a oni zawsze, że jeszcze może się poprawi, ale pacjentom stomatologicznym, raczej się nie poprawia.

Już na kilku wizytach wcześniej, zaczęłam myśleć, że tylko nas naciągają, ale wierzyłam do końca, że troszczą się o Johnna.

Po tym jak umierał nam na rękach przed gabinetem, bo nie chcieli nas od razu przyjąć, wiem, że mogłyśmy, być bardziej stanowcze wcześniej.

Po Bubie nie chciałyśmy przechodzić już tego schematu, że zwierzę cierpi, a weterynarz nas nie słucha.

Johnny żegnał się z życiem 4 razy, ale zawsze wychodził z tego, chciał żyć. Pamiętam jak w moje urodziny, jechałam pierwszy raz z myślą, że to już koniec, ale weterynarz znowu zmienił zdanie i postanowił zrobić zabieg.

W tym wszystkim najgorsze jest to, że oprócz cierpienia zwierząt, naszego bólu, musimy często jeszcze użerać się z weterynarzami.

Johnny król baranków

Najpiękniejszy, Johnny, tyle miesięcy walki o życie, ale jakoś jeszcze się trzyma, było naprawdę źle, na tyle, że pojechałam do weterynarza z myślą, że to już koniec, ale Johnny walczył, walczy każdego dnia, w dodatku jego kompanka dba o niego jak o seniora i jak przystało 🙂

Opublikowany przez HodowlaSłów Sobota, 16 maja 2020

Dziś mam ten strach, że spotka nas to znowu. Nie jesteśmy weterynarzami, ufamy im, bo mają odpowiednią wiedzę, ale do cholery, czasami trzeba się zatrzymać i skupić na konkretnym zwierzaku, a nie jechać jak na automacie, jak to miało miejsce w słynnej przychodni dla egzotycznych zwierząt we Wrocławiu.

Po śmierci Johnna przeczytałyśmy, że nie był pierwszym zwierzakiem, który umarł tam, w idealnej przychodni na schodach, tego sobie nie wybaczę.

Jak poradzić sobie ze śmiercią? Nie wiem, może kiedyś to wszystko wypłaczemy, ale czujemy, jakby ktoś uszczypywał z naszego istnienia coraz więcej, jakbyśmy traciły części siebie.


Notka dla rodziców: Nie kupujcie dzieciom króliczków, to bardzo wymagające i czasami często chorujące istoty, jeżeli nie jesteście w stanie ich obserwować, jak się zachowują, by szybko dostrzec, że coś jest nie tak i nie jesteście gotowi, wydać czasami paru setek na jego leczenie, to nawet nie myślcie o króliczku, bo zgotujecie mu najgorszy los.

PS. Ja muszę opisywać, to co czuję, tak przerabiam te emocje, tak chcę upamiętnić te istotki, które tworzyły naszą rodzinę, zasługują na rozdziały w książkach.

Written by

Agnieszka

237 Posts

W wolnych chwilach rozmyślam jak zmienić świat na lepszy, poszukując magii człowieczeństwa. Uwielbiam czytać książki i prowadzić działania na rzecz zwierząt. Nie potrafię zupełnie pisać o sobie, wolę o innych.
View all posts