Skip to content

Weganizm to choroba

Nazywam się Agnieszka, mam 34 lata i cierpię na chorobę zwaną weganizmem.

Od zawsze czułam, jak to coś rozwija się we mnie, powoli otumania. Pierwsze objawy były niewielkie:

Mamo nie zjem wątróbki. Za każdym razem wątróbka lądowała pod stołem, pies był wniebowzięty. Matka zrozpaczona, bo przecież jedyne źródło żelaza odpadło z diety i dziecko na pewno będzie mieć anemie. Weganizm, zaczął się rozprzestrzeniać.

W czasach komuny mięso stanowiło produkt wymiany barterowej. W domu nie wiadomo skąd pod osłoną nocy lądowały nogi świni, czasem całe korpusy, miliony kaszanki.

Czas dolara, złota i mięsa.

Za to pomarańcza to był towar luksusowy. Te szemrane interesy z piwnicy, pędzony bimber, ślusarz i produkcja „świeżych” kiełbas tuż pod blokiem. Pamiętam, Pan Gienek nadmuchiwał jelita jak balony (o przepraszam to były chyba żołądki), ale już nie pamiętam, co z nimi dalej robił.

Zaczęło mnie to powoli brzydzić, a zapach opalanych włosów świni nad palnikiem pamiętam do dziś. Nikt nie przejmował się bakteriami i chorobami. Nikt nie pomyślał nawet o pasożytach czy gnijącym, źle przechowywanym mięsie, ale jak pojawiły się gumy Turbo czy jakiś inny przysmak z zagranicy to na pewno był rakotwórczy, powodował salmonelle, a już na pewno dzieci bolały po nich brzuchy.

Król łowiectwa.

Co święta babcia serwowała dziczyznę, którą upolował mój dziadek ‘’król‘’ łowiectwa.
Martwe zające patrzyły na mnie zimnym wzrokiem, wisząc do góry nogami na balkonie, w oczekiwaniu na swoją kolej. Te puste oczy były wszędzie. Na ścianie głowa sarny, obok głowa jelenia, jakieś poroże a na każdej podłodze skóra z dzika. Dotykałam sztucznych, zielonych oczek nie wierząc, że są martwe.
W szafie babci futra z lisa, a w salonie bażanty. Ich piękne pióra stroją wnętrze, rozświetlając smutne meble swymi kolorami.

Każdy miał w domu jakiegoś dzika, na podłodze, z dumą go pielęgnował, czesał i eksponował.

Choroba ogarniała coraz większe partie mego ciała, oczy widziały zło. Niestety żołądek był w najlepszym nastroju do spożywania kolejnych dawek mięsiwa.Przecież nie powiem mamie, że nie chcę tej szynki, bo pomyśli, że ze mną coś nie tak. Już i tak widziałam, jej minę jak odkładałam kożuch z mleka na bok.
Mleko! Pyszne i zdrowe tak mocno wpływa na kości dziecka, tak bardzo wspomaga wzrost i uzupełnia wapń. Co jeszcze?

Mój umysł ogarnęło zniesmaczenie.
Postanowiłam ograniczyć się tylko do kurczaka, bo przecież on taki biały i czysty a mięsko delikatne i przepyszne. Kurczak pozostał ze mną na lata.

Zachorowałam na weganizm. Nieświadomie, przez lata pozwalałam na to, by najbliżsi mi ludzie popychali mnie w kierunku choroby. Podstawiali pełne talerze tego, tak szlachetnego mięsa.
Tak zdrowego, pachnącego łąką mleka, popijanego na zmianę z tranem, by wzmocnić moją lichą odporność.

Choroba pochłonęła mnie w całości. Umysł i ciało odmawiają mięsa. Sam zapach powoduje odruch wymiotny. W mojej głowie samo zło, zamykam oczy i widzę klatki pełne zwierząt, bezdusznie ściśniętych ze sobą. Poranione stopy, dzioby czy uszy. Widzę samo zło, a jednocześnie tak mi dobrze, bo jestem wolna. Sama decyduję za siebie. Moim wyborem jest dobro zwierząt. Nie zabijam, nie krzywdzę, nie odwracam oczu. Wybaczcie, ale weganizm to jedyna choroba, której pragnę się poddać do końca, swojego, świadomego życia.

Agnieszka
Follow me

Agnieszka

Absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, mieszkam z dwoma adoptowanymi psami, kotem i Panią Krysią. W wolnych chwilach rozmyślam jak zmienić świat na lepsze, poszukuję magii człowieczeństwa.
Agnieszka
Follow me

Latest posts by Agnieszka (see all)

Archives

  • 2017 (28)
  • 2016 (78)
  • 2015 (15)
%d bloggers like this: