Jak zostałam golibrodą?

No dobra może nie golibrodą, ale golenie jeszcze nigdy nie było tak przyjemne. Delikatnie przesuwająca się maszynka po nodze, odkrywająca idealnie gładką powierzchnię skóry. Spektakl godny poczynań Sweeney’a Todda. Do tej pory myślałam, że to wszytko kwestia odpowiedniej pianki, czy jakiegoś cuda, ale nie, to wszystko kwestia maszynki.

Gdzie kupić idealną maszynkę do golenia?

Gillette Slim Handle H3 z 1962 roku, jest idealna. Kupiona na allegro, ale można znaleźć dobre maszynki także w branżowych sklepach online, chyba że macie taki w mieście to polecam. Ma 9 stopni regulacji, których jeszcze do końca nie rozumiem, ale działa! To niesamowity zakup, jest używana, przy okazji przekazałam darowiznę od FaniMani dla Otwartych Klatek, ale to nie był mój pierwszy taki zakup i miałyśmy parę porażek po drodze niestety. A zaczęło się tak.

Sweeney Todd movie


Zero Waste w łazience

Odkąd poraził nas ogrom plastiku w łazience i zaczęłyśmy szukać alternatyw kosmetyków w plastikowych butelkach przyszła kolej na maszynki (to było jakiś rok temu). Większość życia goliłyśmy się maszynkami jednorazowymi (okropne), potem przeszłyśmy na system wymiany główek, ale okazało się, że to też nie do końca jest dobre, bo następne modele wychodziły coraz bardziej fikuśne, a do starych nie można było dokupić części.

Wtedy sobie pomyślałyśmy, że faceci mają lepiej, dużo większy wybór i tak trafiłyśmy na dziale męskim na maszynkę Gillette wielorazową na żyletki. To było odkrycie, byłyśmy zachwycone, kosztowała 9 zł, niestety miała elementy plastikowe i jak się okazało gwint też. Dwa lata później ten gwint się wyrobił i urwał.

W międzyczasie na fali euforii maszynek wielorazowych chciałyśmy dokupić jakąś bez plastiku i trafiłyśmy na model z allegro, z nazwą „professional’’. Trzeba było to sprawdzić wcześniej, bo jak się okazało, maszynka za 50 zł nie goliła. Miała jakoś tak dziwnie wyprofilowaną główkę, że w porównaniu z pierwszą Gillette, nic nie szło, golenie było bardzo ciężkie i mozolne.

Stare i dobre lata 70

No i nastał ten czas, co robimy dalej? Mamy dwie niesprawne maszynki, czas zrobić jakieś porządniejsze rozeznanie. Oczywiście na fali trendu, teraz jest bardzo wiele ofert maszynek retro, wielorazowych, idealnych od 100 do 900 złotych. Bądź tu mądra. Tym razem nie chciałam spędzać tygodni na forach tematycznych, bo chyba bym tego nie zniosła, przez chwilę wpadła mi nawet myśl, że może kupimy brzytwę (kocham wszelkiego rodzaju noże). 

Sweeney Todd movie


Jednak od razu przed moimi oczami pojawił się kochany 
Sweeney Todd i pomyślałam, że na pewno zrobimy sobie krzywdę. W czasie, gdy ja czytałam o maszynkach, Pani Krysia nic nie mówiąc zamówiła jakiś inny model, a że pomyślała, że zamówiła zły, to wysłała mi link do innej. Kupiłyśmy obie. Obie wiekowe, moja z lat 70. I już dziś wiem, że było warto.

Tak naprawdę przekonał mnie opis sprzedającego, który z detalami opisywał historię tej maszynki, co najmniej jakby spędziła z nim 40 lat, opowiadał o nasmarowanej głowicy, o płynnej regulacji 9 stopniowej. Dla mnie to brzmi jak serwis roweru, więc od razu dałam się namówić. A Pani Krysia, kupiła maszynkę, bo chciała mieć taką samą jak jej tata.

Przeczytaj także: Zero Waste i weganizm, czyli jak utrudnić sobie życie?

Tym sposobem jesteśmy szczęśliwymi posiadaczkami wielorazowych maszynek na żyletki. Od razu powiem, że taka jedna żyletka starcza na jakieś 5 miesięcy, czasem dłużej, zależy od rodzaju zarostu i jak się okazuje dbania o maszynkę, ja tym razem, będę swoją osuszała po każdym użyciu i smarowała jak maszynę do szycia.

Gillette


W dzisiejszych czasach często zapominamy, że dbanie o rzeczy to podstawa ich długowieczności. To samo z rowerami, niektórzy się śmieją ze mnie, że po każdym deszczu przecierałam łańcuch i osprzęt suchą szmatą, ale moje rowery są w stanie idealnym po paru latach użytkowania, dlatego mogę ze spokojną głową sprzedać je, gdybym chciała.

Dbanie o przedmioty to podstawa ich funkcjonalności

Dbajmy o ubrania, maszynki, rowery, nożyczki, sprzęt fotograficzny a na pewno posłuży nam dużo dłużej. Idąc za ciosem, kupiłam także zestaw sztućców stalowych podróżnych. Zdarzało się, tak, że na festiwalach i piknikach zachciało mi się coś jeść i o ile udało się bez styropianowego opakowania dostać jedzenie, tak ze sztućcami zawsze jest źle. Te są lekkie i wygodne. Od dziś zawsze będą jeździć ze mną.

I nie dałam się namówić w tym przypadku na piękne, kolorowe z plastiku. Zauważam, że trend Zero Waste idzie w dziwnym kierunku, kreowania potrzeb posiadania słoika, bidonu, pojemnika na ziarno, jednak często, są to kolejne plastikowe rzeczy, które nie służą tej planecie, dlatego, jak jesteście gadżeciarzami jak ja, to starajcie się wyszukiwać funkcjonalne rzeczy (czasami się udaje), które starczą nam na lata i nie staną się kolejnym śmieciem.

Ps.

  1. Nie, nie brzydziłam się maszynki używanej, jest wysterylizowana, a poza tym, to nie żyletka🙂
  2.  Nie używam depilatora, bo jedyny ból, jaki lubię, to ten od tatuaży.
  3.  Jeżeli kochacie mroczny klimat Tima Burtona i przepiękną w pewnym sensie Helenę Bonham Carter, to koniecznie obejrzyjcie film: Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street
  4. Takie sztućce znajdziecie za grosze w sklepie z akcesoriami turystycznymi i harcerskimi ich cena jest dużo mniejsza, niż w sklepach oferujących artykuły Zero Waste:)
Tags:

Agnieszka

W wolnych chwilach rozmyślam jak zmienić świat na lepszy, poszukując magii człowieczeństwa. Uwielbiam czytać książki i prowadzić działania na rzecz zwierząt. Nie potrafię zupełnie pisać o sobie, wolę o innych.

%d bloggers like this: