Komunia- dniem mięsa.

Trochę czasu minęło ale nadal mamy maj. Tematycznie, świątecznie czy koszmarnie? Nie obchodzę żadnych świąt kościelnych a najbardziej nie lubię tych uroczystości. Komunia. Z jednej udało mi się nie skorzystać, swoją niestety przeżyłam, nie miałam wyboru, nawet jak nie wierzyło się w Boga to musiało się do osiemnastego roku życia przyjmować komunię, spowiadać się, przyjmować księdza w domu i udawać, że jest sympatycznie. Oczywiście to kwestia wychowania, moi rodzice nie wierzyli, że można inaczej ale oni do dziś też nie wierzą, że można zjeść obiad bez mięsa i się najeść. Głupia sprawa, zostałam zaproszona na taką komunię, nie mogłam odmówić mimo, iż dla mnie to właśnie ten wyjazd był grzechem, zupełnie czymś sprzecznym z moimi poglądami, wiedziałam jednak, że to ostatni raz kiedy będę uczestniczyć w czymś takim i może rzeczywiście dla tego dziecka to będzie ważne wydarzenie. Pojechałam, mogłam odwiedzić rodzinę i mogłam po raz kolejny spróbować opowiedzieć im o tym co jem, wytłumaczyć na czym polega mój wybór. Plan ambitny bardzo szybko został zweryfikowany. Kupiłam mamie książkę wiadomo jaką, z przepisami roślinnymi. Pomyślałam, świetny prezent, może zobaczy, że z „trawy” da się tyle rzeczy ugotować, że ładnie to wygląda i jest smaczne. Targam więc ten zbiór przepysznych przepisów 660 km na południe Polski. Wysiadam, przywitanie jak zwykle:

-dziecko jak ty schudłaś, ale Ci znowu twarz wysyfiło. Nie ma to jak powitanie matki po dwóch latach przerwy, od razu poczułam się jak w domu. Od rana  standardowo:

-co zjesz, o Boże co Ty zjesz? Ja nie wiem co Ci ugotować? Wyjmuję więc książkę i kładę na stół, mówię, patrz teraz już wszystko będziesz wiedziała, możesz zobaczyć co jem i jak to wygląda, zobacz da się. Spojrzała na mnie podejrzliwie jakbym właśnie zabiła jej czterdzieści lat doświadczenia kuchennego. Otworzyła na przypadkowej stronie i mówi:

– O, boczniaki, przecież też takie robię. Po czym obojętnie zamknęła książkę. Z matką to by było chyba na tyle, choć przy okazji obiadu udało mi się wytłumaczyć, że przecież mogę zjeść brokuła, mogę zjeść makaron, szparagi, sałatkę, pomidora i nagle jakby dotarło, że weganizm to nie chorobliwa przypadłość. Do wielu jakoś to nie dociera, słyszą to słowo i wydaje im się, że jesz kosmiczne potrawy albo nic. Jakże zadziwiające było tłumaczenie tak logicznych rzeczy typu czym są warzywa, wiadomo czym i wszyscy wiemy, że istnieją ale nie do końca w połączeniu z dietą wegańską czy wegetariańską. W całym tym zachowaniu zachwycił mnie bratanek, który chyba po kryjomu postanowił poczytać w internecie o tym co jem. Otwierając lodówkę sprawdzał co mogę jeść mówiąc:

– Jajka może? A nie, jajka są pochodzenia zwierzęcego to ciocia nie może.

Dzień „święty” w „świętym” mieście. Częstochowa. Dotarłam, mijając już kościół przy wjeździe na podwórko poczułam gęsią skórkę. Miliony dziewczynek ubranych w białe sukienki, udające dorosłe kobiety, chłopcy z włosami ułożonymi na żel, idą krok w krok za sobą nie do końca wiedząc po co. Jak baranki na rzeź, przepraszam za porównanie ale dla mnie to nieświadome stworzenia, które wiedziały tylko, że mają się ładnie ubrać, że będą sypać kwiatki i nieść artefakty. Jedno po drugim, w tłumie dumnych rodziców, dumnych z czego? Nic nie rozumiem. Po dziwnych ceremoniach, śpiewach, do końca nie wiem co się tam działo, przyszło do spotkania przy obiedzie. Oczywiście wcześniej dzwoniono do mnie co zjem i co mają dla mnie dziwoląga przygotować jak się okazało na miejscu dziwolągowi nie należy się nic. Dziwoląg powinien się dostosować do większości.  Stoi więc wielki stół, biały obrus, talerzyki pięknie białe wszystko jak należy w „świętym” mieście a na talerzykach wykwintne saszetki z szynki. W piekarniku dwie blachy schabowych, do tego ziemniaki na maśle, zupa krem groszkowa na indyku, deser na mleku, szpinak i pieczarki. Tak jest szpinak i pieczarki ale jak o nie poprosiłam, to się okazało że bez kotleta zjeść nie mogę, bo tak nie wypada. Wręcz na siłę wyprosiłam o odrobinę tego szpinaku i od razu pożałowałam. Ale to nic, przychodzi ona, jakaś tam znajoma znajomego, młoda szczupła, z tatuażami. Od razu podbija do mnie, może pomyślała, że się dogadamy. Zaczyna:

– a Ty jesteś wegetarianką?

– bardziej weganką

-super, ja też chciałam przejść na tę dietę, koleżanka jest i super schudła, tak w ogóle to nie chcę pić mleka bo nie lubię ( mówiła to popijając latte pełno laktozowe) ale nie chciałam im tu robić problemu. (Lama Ole w sumie, też tak do sprawy podszedł ale mnie nie przekonał). U nas w Anglii jest łatwiej niż wam tutaj, prawda?  Mamy dużo takich produktów u arabów i turków sprzedają, zdziwiłam się, że jest taka pasta u nich, przepyszna. A Twój mąż i syn też są weganami?

– nie, moja dziewczyna i dwa psy nie jedzą mięsa. Złapała schabowego i uciekła. A zapowiadało się na długą rozmowę o tym jaki super wpływ na zdrowie ma dieta wegańska. Moja rozmówczyni nie pojawiła się do końca imprezy w pokoju, w którym my odmieńcy ze względu na wiarę i dietę czy cokolwiek innego oglądaliśmy na głodzie słynnego Jamesa Bonda.

Zostały mi tylko powidoki, dzieciak w białej koszuli przybiegający co chwila do stołu by policzyć ile kopert już dostał, saszetki z szynki i ta dziewczyna, która nie wie co zrobić ze swoim życiem bo jej koleżanki jeszcze tego jej  nie powiedziały. Żeby nie było tak tragicznie, jeden bratanek zachwalał hummus (odmawiając w tym czasie babci słodyczy) jedna bratowa postanowiła ograniczyć mięso do zera. Jakby nie było wyszło na dobre, do „świętego” miasta szybko się nie wybiorę. A w następnym wpisie opowiem wam jak to fajnie jest być  weganinem, weganką  w korporacji:)

fot:http://pl.freeimages.com/

Tags:

Agnieszka

Aktywistka, magister sztuki, blogerka. W wolnych chwilach rozmyślam jak zmienić świat na lepszy, poszukując magii człowieczeństwa. Uwielbiam czytać książki i prowadzić działania na rzecz zwierząt.

%d bloggers like this: